Wielowątkowa rozmowa z Ewą Sonnenberg

wróć


 

Paweł KaczorowskiWielowątkowa rozmowa z Ewą Sonnenberg

 

Jest 24 sierpnia 2015, pogoda cudowna, spotykam się z Ewą Sonnenberg w restauracji na Placu Kościuszki we Wrocławiu. Z tą samą Ewą, której wiersze czytałem już w 96 roku, jadąc na swoje pierwsze warsztaty literackie do Wrocławia, prowadzone przez krytyka i redaktora Marka Garbalę – nie przypadkiem osobę bardzo ważną w życiu i twórczości Ewy. Spotykam się z tą samą Ewą Sonnenberg, z którą siedziałem w jednej ławce na wykładach z filozofii starożytnej i której w trakcie tych zajęć podsuwałem do przejrzenia swoje pierwsze wiersze... Od tamtej pory minęło ponad 18 lat, Ewa stała się poczytną i znaną, również w świecie, poetką. Wydała 10 tomików, opasły tom wierszy zebranych i 2 książki prozą oraz zbiór esejów; była tłumaczona na wiele języków, a jej rękopisy  znajdują się w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Ewa Sonnenberg  jest uznawana za ikonę poezji lesbijskiej i jedną z najważniejszych autorek polskich publikujących po 1989 roku. Czas zacząć spisywać historię.

 

Paweł Kaczorowski: Ewo, mieszkasz we Wrocławiu od wielu lat, ale stąd nie pochodzisz. Czy mogłabyś opowiedzieć o twoim związku z Dolnym Śląskiem?

 

Ewa Sonnenberg: Urodziłam się na Dolnym Śląsku, w Ząbkowicach Śląskich, przez jakiś czas mieszkałam u dziadków w Budzowie pod Srebrną Górą i to jest kraina mojego dzieciństwa. W Górach Sowich znam każdy kamień, sporo chodziłam...

 

A jakie miejsca w Górach Sowich najmilej wspominasz?

 

Wielka Sowa, w Srebrnej Górze forty są niesamowite... poza tym Śnieżnik jest wspaniały. Ja po prostu całe dzieciństwo chodziłam z moimi rodzicami po górach, no i wychowywałam się na Dolnym Śląsku. Wiesz, przez dziesięć lat mieszkałam w Krakowie i bardzo dobrze się tam czułam, to było wtedy moje miasto, ale jednak jak gdzieś wyjeżdżałam, na jakieś wycieczki po okolicach to odczuwałam, że to nie jest moje miejsce, że to jest jakieś obce ciało, po prostu. A Dolny Śląsk to jest kraina mojego dzieciństwa. Uważam, że jest to najbardziej baśniowa kraina w Polsce.

 

Ewa ze Słonecznej Góry, jeden z twoich pseudonimów, to też związek nazwiska i tej dziecięcej rzeczywistości.

 

Tak. Słoneczna Góra i Sonnenberg. Wychowałam się u stóp Srebrnej Góry, a teraz mieszkam na szczycie szklanej góry, bo mieszkam we Wrocławiu nad sklepem z porcelaną. [śmiech]

Później mieszkałam w Lubinie z rodzicami, no ale dostałam się na Akademię Muzyczną i zamieszkałam we Wrocławiu.

 

To był rok osiemdziesiąty szósty i studiowałaś pianistykę na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

 

Tak, zamieszkałam we Wrocławiu, studiowałam na Akademii Muzycznej w klasie fortepianu u profesora Grzegorza Kurzyńskiego, a później po Akademii Muzycznej zostałam tutaj. 

 

Ewo, twój pierwszy wiersz, konkurs, początek kariery...

 

Moja kariera literacka zaczęła się w dziewięćdziesiątym roku... przeżyłam wypadek samochodowy i miałam bezwład rąk i wtedy zrodziła się wątpliwość we mnie, co do zawodu pianisty i zaczęłam pisać – już świadomie zaczęłam pisać z myślą o publikowaniu. No i tak się zaczęło. Wygrywałam konkursy O Kropkę Że, dużo publikowałam, miałam mnóstwo propozycji wieczorów autorskich i to granie zaczęło odchodzić coraz bardziej w cień. Chociaż na początku robiłam takie recitale poetycko-muzyczne, grałam i mówiłam wiersze. Po jakimś czasie mi się to znudziło i brałam jakichś innych muzyków. Właściwie w latach dziewięćdziesiątych byłam pierwszą osobą we Wrocławiu, która robiła multimedialne wieczory poetyckie.

 

W zasadzie byłaś we Wrocławiu prekursorką performance'u  artystyczno-literackiego. Sama wymyśliłaś taką formę?

 

Trochę tak, robiłam i puszczałam slajdy, zapraszałam zespoły, sama recytowałam wiersze. To była moja własna koncepcja. Trzeba podkreślić, że nie czytałam swoich wierszy, ale je recytowałam! Znałam wtedy swoje wiersze na pamięć.

 

Gratuluję.  Powiedziałaś o sukcesach poetyckich, po ukończeniu Akademii i o Turnieju Jednego Wiersza o Kropkę Że. Czy już w trakcie studiów na Akademii znałaś Marka Garbalę, który ten konkurs prowadził – jak to było?

 

Jak to wyglądało? Na drugim roku studiów zadebiutowałam jako poetka, było tutaj takie pismo, „Iglica”, i tam działała grupa Sans Gene. Krzysztof Świerkosz i Beata Pawłowicz to była para i oni prowadzili dział poezji w tym piśmie. Przyjęli moje wiersze i opublikowałam je w „Iglicy”. Ale tak naprawdę debiut poetycki miałam jeszcze wcześniej, bo w klasie maturalnej napisałam pięć pierwszych wierszy – tak w ogóle to zaczynałam pisanie od dramatów i prozy poetyckiej – wysłałam je na konkurs do Jawora i tam wygrałam.

 

Mowa o Jaworskich Biesiadach Literackich – to przecież konkurs ogólnopolski, i od razu go wygrałaś?

 

Tak, w osiemdziesiątym szóstym roku dostałam nagrodę, byłam wtedy jeszcze w liceum i już  pierwsze publikacje miałam w „Konkretach”. Później, na drugim roku studiów, drukowali mnie w „Polskiej Miedzi”, no i później w „Iglicy”. Tam publikowałam wiersze, ale poza tym zaproponowali mi współpracę, żebym pisała artykuły o muzyce, robiła wywiady. Dostałam książeczkę dziennikarza, więc to była fajna sprawa dla młodej osoby. „Iglica” była jeszcze wtedy mocno wtopiona w środowiska socjalistyczne, ale mnie to nie interesowało zupełnie, ja po prostu pisałam wolne teksty, chociaż przydarzyła mi się pewna niemiła rzecz... Robiłam wywiad z Iliasem Wrazasem[1] i cenzura go zdjęła. Nie pozwolili tego opublikować!

 

O, proszę. Wrazas wtedy był na cenzurowanym, rozumiem... A kiedy poznałaś Marka Garbalę? Jak do tego doszło?

 

Marka Garbalę widywałam już wcześniej, bo w latach osiemdziesiątych (osiemdziesiąty siódmy-ósmy rok) poszłam do Kalambura[2] z propozycją organizowania wieczorów pianistycznych z muzyką klasyczną, raz w tygodniu.

 

Znałaś już panią Halinę Litwiniec?

 

Nie, nie znałam. Pani Halina się zgodziła i w piątkowe wieczory grałam muzykę klasyczną. Bardzo dobrze się te wieczory przyjęły. Przychodziło mnóstwo ludzi. No i bywałam na wieczorach poetyckich w Kalamburze, z daleka obserwowałam pana Marka Garbalę, otoczonego rojem poetów, ale ja tam dojścia nie miałam żadnego, po prostu żadnego.

 

Konkursy O Kropkę Że już odbywały się w Kalamburze?

 

Jeszcze nie. Ale wieczory autorskie tak. To były lata osiemdziesiąte. Dopiero w dziewięćdziesiątym roku odbył się pierwszy Turniej Jednego Wiersza O Kropkę Że.

 

Wybacz Ewo, jesteś encyklopedią dla mnie; o tych latach i życiu literackim Wrocławia w sumie niewiele można przeczytać…

 

Tak, niewiele. Ale wracając, dojścia do Garbali nie miałam żadnego, bo raz,  że byłam wtedy jakąś tam dziewczyną, po prostu, taką... grającą, a dwa, on był guru, jeśli chodzi o poezję, o bycie tutaj, o kulturę we Wrocławiu – a mnie bardzo lekceważył.

 

Więc jak go wreszcie poznałaś?

 

Wysłałam wiersze na Konkurs im. Babińskiego do Poznania, nie dostałam żadnej nagrody, ale mnie zaprosili, żebym przyjechała. No i tam poznałam Strugałę, Kresowatego... Strugała klęczał na grobie tego Babińskiego, coś tam mówił, recytował, dla mnie to było szokujące, bo byłam wtedy taką bardzo przykładną studentką, taką strasznie „od – do”. Dla mnie to było takie inne, niesamowite. I tam był też Marek Garbala, na tym konkursie, i jak dziś pamiętam, miałam przeczytać wiersz, bo jakiś Hyde Park był po prostu i poprosiłam Marka Garbalę, żeby przeczytał mój wiersz, bo wtedy się jeszcze strasznie stresowałam, jeśli chodzi o czytanie.

 

Ale dlaczego wybrałaś Garbalę do przeczytania wiersza?

 

Bo ja wiedziałam, że on świetnie czyta... Ale w ogóle byłam zawiedziona, że nawet słowa ze mną nie zamienił, czy ten wiersz jest taki czy taki, absolutnie nic.

 

Nie wyraził żadnej opinii o tym twoim wierszu?

 

Nie, nic. W ogóle ze mną nie rozmawiał, lekceważył mnie zupełnie. Dopiero na Akademii Muzycznej miałam taki przedmiot: literatura muzyczna, i byłam z niego świetna. Zajęcia prowadził Juliusz Adamowski, prezes Stowarzyszenia Lisztowskiego. No i powiedział mi, że jestem bardzo zdolna, a ja na to, że piszę, więc on mówi: no to ja panią zapoznam z takim moim znajomym, Markiem Garbalą. Zadzwonił przy mnie do Garbali i zarekomendował mnie. I wtedy to już była inna rozmowa. Poszłam do OKiS-U, bo wtedy Marek Garbala prowadził jeszcze pismo „Że” i pracował w  OKiS-ie.

 

Mamy rok…?

 

Koniec osiemdziesiątego dziewiątego, jesień. Poszłam do Garbali, wyglądałam wtedy odlotowo. Czarne długie skórzane buty, jakaś odjazdowa kurtka, iluś metrowy szal…. Miałam wrażenie, że był mną lekko zszokowany. Po rozmowie od razu mi zaproponował, żebym zaczęła pisać o muzyce w piśmie „Że”to był taki informator kulturalny. No i napisałam pierwszą recenzję z koncertu, dyrygował Pijarowski, pamiętam, Walc kwiatów był grany, i ja strasznie ich tam zjechałam w tej recenzji. Recenzja poszła do druku, a ja wtedy miałam wypadek samochodowy i leżałam już w szpitalu. No i później przychodzę do pana Marka, a on mówi: niech sobie pani wyobrazi, że Pijarowski do mnie dzwonił i pyta: kto to jest Ewa Sonnenberg?, bo myślał, że to pseudonim, nie wierzył, że ktoś mógł go skrytykować pod własnym imieniem i nazwiskiem. Ja wtedy byłam studentką, tak że mogłam się bardzo narazić.

 

I tak się zaczęła twoja współpraca z Garbalą...

 

Tak. Zaczęłam przychodzić do niego z wierszami, i tak dalej, ale to już była inna rozmowa po tej rekomendacji Adamowskiego.

 

Gdzie się spotykaliście?

 

W OKiS-ie, a później zapraszał mnie już do siebie, tam do tej swojej piwnicy przy Akademii Muzycznej na Powstańców Śląskich.

 



Mieszkanie Ewy Sonennberg

 

Ewo, twoja pierwsza sesja – pamiętasz pierwszą indywidualną rozmowę przy tekstach?

 

Nie, nie pamiętam dokładnie, ale on bardzo wyśmiał moje teksty, Fiolety zwłaszcza... To był cykl liryków miłosnych do kobiety i powiedział, że to są jakieś tryle, że ja chyba bardzo mocno siedzę w muzyce wokalnej, że z moimi koleżankami wokalistkami za dużo czasu spędzam.

 

O Boże! A nie kazał ci gotować pierogów?

 

Nie, nie.

 

No to chyba jednak cię doceniał, Ewo. Znam co najmniej kilka pań, które przy pierwszym spotkaniu pokazywały Markowi Garbali swoje wiersze, i które dostały od niego reprymendę w stylu: proszę wracać do kuchni...

 

Nie, o kuchni nic nie wspominał. 

 

Więc tutaj mówimy jednak o estetyce.

 

Ja się wtedy bardzo szybko zaczęłam rozwijać poetycko, robiłam bardzo duże postępy. No i zaczęłam wygrywać te konkursy O Kropkę Że. Pierwszym moim wierszem, który zdobył nagrodę, był właśnie liryk, o wietrze, który bezwstydnie rozwiewa jej włosy, i tak dalej. To był tekst skierowany do kobiety, podpisałam go „Oskar” i ponoć ten wiersz wygrał dzięki Januszowi Styczniowi. Za „metafory przestrzenne”, jak to nazwał.

 

Janusz był w jury?

 

Tak. No a potem zaczęłam wygrywać ten konkurs.

 

Janusz Styczeń to pewnie osobna historia w twoich relacjach?

 

Tak, ja byłam z nim bardzo związana, tak przyjacielsko, oczywiście. Myślę, że można by o naszej znajomości napisać spory rozdział jakiejś książki.

 

 

 

Jest początek lat dziewięćdziesiątych. W tym okresie we Wrocławiu  bardzo dużo się zmieniło. Pamiętasz ten tygiel?

 

Nie, ja byłam wtedy zupełnie nowa, tak że mnie to nie interesowało – kto gdzie jest, jakie są układy. Ale zmieniło się bardzo dużo. Garbala został całkiem bez pracy, biedował potwornie...

 

Potem zaczęła się Agrestowa. Ja tam spotykałem się z panem Garbalą na konsultacjach. W suterenie na Krzykach.

 

To już później, najpierw on biedował na Powstańców. Nie miał pracy, etatu. Prawie wszyscy go opuścili, ale mnie coś ciągnęło do niego. Z nim rozmowa o poezji to była prawdziwa przyjemność, poza tym on się doskonale znał na literaturze, na poezji. Dobrze ustawiał pióro, po prostu, to się czuło.

 

Dobrze ustawiał pióro, ale istnieją takie opinie, że ingerencja pana Marka Garbali w teksty jego podopiecznych była zbyt intensywna. Co o tym sądzisz?

 

No, nie... Czasami była mocna, ale na przykład, jak mi się coś nie podobało, to zostawałam przy swoim; nie było nigdy tak, że musiałam wszystko zmienić tak jak on chciał, czy jak zrobił redakcję. Byłam niepokorna. Absolutnie ufałam tylko sobie w tym względzie.

 

Hazard redagował Marek Garbala. Jak wyglądała ta współpraca?

Długo pracowaliśmy nad tą książką. Na początku miała wyjść w Kłodzku. Garbala wysłał uroczysty list do Michnika, w którym pisał o pojawieniu się młodej poetki w środowisku literackim.  Ale niestety książka w Kłodzku w Witrynie Artystów nie wyszła. Dostałam taki okropny list, że to jest szlam poetycki... ten list mam do dzisiaj. Leży w moim archiwum. Pamiętam jeszcze, że przed otrzymaniem listu spotkałam Michała Fostowicza, który delikatnie przygotował mnie, że mogę taki list otrzymać. Fostowicz postąpił bardzo uczciwie wobec mnie. 

 

Witrynę prowadzili:  Fostowicz, Garbala, Michnik i Stolarczyk. Od kogo wyszedł ten list?

 

Od Michnika. Strasznie to przeżyłam. Byłam wtedy młodą dziewczyną, debiutującą, i to było dla mnie straszne przeżycie. Ale Garbala we mnie wierzył i ja się nie poddałam. Wszystko się dobrze potoczyło, książka dojrzała, bo ja po tym liście od Michnika dostałam takiego bakcyla do pisania, że stworzyłam ileś tam nowych wierszy, włożyłam je do Hazardu dodatkowo, no i powstała zupełnie inna książka. Część tych nowych wierszy była nagradzana. Powstał między innymi mój wiersz Wstęp: „Jestem małą dziewczynką w białej komunijnej // sukience Biała // komunijna uniosła się Moje uda // Czy to są moje uda? W kościele dzwonili // na Anioł Pański Pisałam pamiętnik czarnymi kulfonami na różowych kartkach Kocha lubi // szanuje nie chce nie dba żartuje Kocha”. To bardzo dobry wiersz... Później, już po przyjeździe z Paryża, zrobiłam parafrazę i napisałam wiersz: „Jestem przeklętą dziewczynką  w czarnej sukience”... 

 

To piękna historia wiersza, który wyszedł w Hazardzie. Za tę książkę otrzymałaś Nagrodę im. Trakla; ówcześnie to była najważniejsza nagroda literacka za debiut poetycki.

 

Trakla dostałam dopiero, jak opublikowałam tomik, Hazard, ale to było aż cztery lata po tej odmowie w Kłodzku. To był dziewięćdziesiąty szósty rok, miałam wtedy już mnóstwo występów, zapraszano mnie często do Niemiec, już byłam doceniana... Ale nagroda im. Trakla była zaskakująca.

 

Co się dzieje w tym momencie?

 

W tym momencie nic się nie dzieje. Po prostu stałam się widoczna i zaczęłam mieć swoje miejsce w literaturze polskiej.

 

Nabrałaś pewności siebie?

 

Nie, pewna siebie to ja nigdy nie byłam. Teraz też nie jestem.

 

 

 

 

Teraz temat dla ciebie transparentny: poezja lesbijska. Ewo, często kierujesz wiersze liryczne do kobiet. Od razu zaczęłaś uprawiać tę formę?

 

Tak.

 

Wprowadzenie takiej narracji było koncepcją estetyczną czy wynikało z twojej naturalnej skłonności?

 

Jedno i drugie. Bo już wtedy nie podobało mi się, takie, wiesz, zamknięcie w płciowości. Chciałam to rozszerzyć, i pisałam do kobiety, żeby być bardziej otwarta, bardziej męska w poezji.

 

Co na to Garbala?

 

On na to akurat nie zwracał większej uwagi, patrzył tylko na wiersz.

 

Najpierw był Hazard, potem Kraina tysiąca notesów. Zwierzenia Lindseya Kempa, też prowokacyjna książka, i w tym samym roku [1997] – tomik Planeta. Ukazały się też tłumaczenia. Zaczęły się pojawiać wtedy głosy w środowisku literackim i w prasie, że jesteś ikoną poezji lesbijskiej, nie tylko w Polsce, ale w kilku krajach Europy. Jak ty odbierasz to pojęcie, co ty na to?

 

Bardzo często piszę teksty liryczne do kobiet, ale też nie lubię zamykać się w swojej płciowości; uważam że pisanie jest przekraczaniem pewnych granic. Pisząc, trzeba przekraczać granice emocjonalne, duchowe, fizyczne, a nawet granice samego siebie. I tutaj przekraczam granice swojej płciowości. Poza tym tomik Planeta był bodajże pierwszy tomikiem lesbijskim w Polsce!

 

No tak, wiele autorek teraz to robi, ale nie wszyscy są – powiedziałbym – używani tak jak ty. W takim sensie, że stałaś się figurą, którą środowiska związane właśnie z gender, z emancypacją, z różnymi innymi prądami – zaczęły się legitymizować, podpinać pod twoją twórczość, używać ciebie jako ikony.

 

To prawda. Do tej pory w kanonie lektur lesbijskich są moje książki: Kraina tysiąca notesów i Planeta. Płonący tramwaj też mógłby się tam znaleźć... Moje wiersze mają się też ukazać w Europejskiej Antologii Poezji Lesbijskiej w tłumaczeniu Tatiany Jamnik.

 

Ewa Sonennberg podczas festiwalu poetyckiego w Sarajewie (2008 r.)

 

Chcę cię zapytać o estetykę i twoją koncepcję pisania. Wcześniej powiedziałaś, że ta narracja lesbijska to jest przede wszystkim twoja koncepcja estetyczna, twoja poetyka. Ciągnąc dalej ten wątek troszeczkę w inną stronę: jaki kierunek, jaka szkoła jest najważniejsza, jeżeli chodzi o estetykę?

 

No, Ingarden, oczywiście, a to dlatego, że byłam uczennicą prof. Władysława Stróżewskiego, ucznia Ingardena. On był promotorem mojej pracy magisterskiej. I trudno, żebym odstąpiła od tego kierunku.

 

Czyli fenomenologia. A jeśli chodzi o innych teoretyków literatury? Marek Garbala, na przykład, hołdował generalnie koncepcjom Peipera, prawda?

 

Z racji studiów filozoficznych orientuję się w tych koncepcjach, natomiast nigdy nie zakładałam, że jakaś mi się podoba na tyle, że będę pod nią pisała. Moje pisanie jest absolutnie intuicyjne, absolutnie moje. Mogę powiedzieć, że stworzyłam własną koncepcję estetyczną, że moje wiersze tworzą własną poetykę, i że się na żadnych koncepcjach nie opieram, absolutnie. To by było niemożliwe.

 

Nie dajesz się wtłoczyć w żaden nurt, w żadną szkołę.

 

Nie. Ja po prostu jestem sama dla siebie, sama tworzę to, co chcę tworzyć. Stworzyłam sobie na przykład własną książkę o pisaniu opartą na moich doświadczeniach i pomysłach.

 

Ta książka jest jeszcze niewydana.

 

Na razie są szkice. Jestem w trakcie pisania.

 

Czy to jest rzecz z zakresu, powiedzmy, teorii literatury?

 

To mój osobisty, autorski projekt. Jest to na razie zdawkowe, póki co piszę w punktach rożne myśli, a potem chcę je rozwinąć i opracować.

 

Sprawdźmy teraz twoje związki z filozofią i związki filozofii z pisaniem...

 

Kończąc Akademię Muzyczną, trzeba było napisać pracę, na trzydzieści stron. Ale ja zawsze byłam strasznie ambitna i napisałam Kreisleriana opus 16 Roberta Schumanna jako zdarzenie estetyczne. To była bardzo obszerna, taka prawdziwa praca magisterska, chociaż nas nie obowiązywała. Bo najważniejsze na Akademii były recitale muzyczne (dwa recitale trzeba było zagrać). Ale ja byłam zawsze ambitna i napisałam taką pracę. Co ciekawe, korzystałam wtedy z tekstów Ingardena, Stróżewskiego,  Gołaszewskiej, Wilkoszewskiej. I potem na studiach w Krakowie prawie ze wszystkimi z nich się spotkałam, oprócz Ingardena, oczywiście. I tak, z panią profesor Marią Gołaszewską miałam estetykę (przygotowywałam dla niej referat o Ingardenie), później z panią profesor Wilkoszewską, zdawałam też u niej egzamin, no a promotorem pracy magisterskiej był, jak mówiłam, profesor Władysław Stróżewski. To niesamowite, że tutaj pisałam pracę na Akademii Muzycznej i ci ludzie byli dla mnie, wiesz, na jakichś cokołach, a nagle w Krakowie ja się z nimi prawie wszystkimi spotykam, mam z nimi zajęcia... To było fascynujące. Po prostu fascynujące!

 

Ale studia filozoficzne zaczęłaś na Teatralnej w dziewięćdziesiątym siódmym roku we Wrocławiu...

 

Tak, na Teatralnej, a później na Koszarowej. Koszarowa to jest prawdziwe koszmarowo, ja o tym nie chcę mówić. Dla mnie filozofia wrocławska była czymś strasznym.

 

Od początku czy dopiero po przeniesieniu na Karłowice?

 

Od początku! Po zdanym egzaminie wstępnym przyszłam na Teatralną zobaczyć siebie na tych listach – i nigdzie mnie nie było. Tyle tylko, że dostałam list, że zdałam egzamin.

 

Czyli od początku jakieś nieporozumienia?

 

Tak, ja filozofii wrocławskiej... nie znoszę, po prostu.

 

Czyli...

 

Nie chcę na ten temat w ogóle mówić.

Rozumiem. Czyli tutaj wątek jest krótki, ani miejsce, ani sama atmosfera, nic wartego wzmianki?

 

Nic, poza kilkoma osobami, bo na przykład bardzo lubiłam na filozofii wrocławskiej Artura Jeziorowskiego. Uważałam, że był świetnym wykładowcą, prowadził kapitalne seminaria i to były zajęcia połączone: filozofia i literatura, hermeneutyka… Jego zajęcia były fenomenalne.

 

Czyli jednak przynajmniej jedna osoba...

 

Jeszcze tam by się ktoś na pewno znalazł, ale można takie przypadki policzyć na palcach jednej ręki. Natomiast w Krakowie to były naprawdę osobowości.

 

Czy to było jednym z powodów twojego wyjazdu do Krakowa?

 

Tak, tak, bo chciałam skończyć filozofię. Tutaj oblałam logikę u profesora Zygmunta; nie wiedziałam, co to jest ograniczenie górne i ograniczenie dolne [śmiech].

 

Na pocieszenie powiem ci, że ja egzamin u profesora Jana Zygmunta zdawałem sześć razy.

 

No właśnie! No i oblałam u niego egzamin i niestety musiałam zdać go w Krakowie. Tam na przykład ćwiczenia z logiki miałam z panią profesor Porębską, siostrą Poświatowskiej. Niezapomniane były z nią zajęcia. No i jakoś zdałam. Ten egzamin opisuję w swojej bajce „Paź królowej”. 

 

Nie będę cię męczył wobec tego „Koszmarową”, naszym wspólnym Instytutem. Ale powiedz mi: co lubisz najbardziej z estetyki w miarę współczesnej, z najnowszych prądów?

 

Na przykład Baudrillarda i jego spisek sztuki, gdy mówi, że właściwie jest już koniec sztuki i tak dalej. Podobnie Ricœur, Gadamer, ogólnie hermeneutyka. Lubię połączenie filozofii z literaturą, szukanie w poezji, w literaturze głębszych sensów filozoficznych.

 

To jest inspirujące dla ciebie intelektualnie? Pomaga ci to w pisaniu?

 

Tak, inspirujące, ale już od lat dziewięćdziesiątych interesowałam się hermeneutyką. Dlatego poszłam też na filozofię, dużo filozofii czytałam i pomyślałam sobie, że jak zacznę studiować ten kierunek, to sobie to wszystko poukładam...

 

Poukładałaś sobie czy raczej zyskałaś jeszcze większy chaos?

 

Poukładałam, ale studiowanie filozofii jest niebezpieczne, bo później to się może przenieść do pisania, a jednak pisanie filozoficzne już nie jest takie ciekawe. Pisanie musi być spontaniczne, intuicyjne, emocjonalne.

 

I to jest to od czego zaczęliśmy ten wątek z estetyką, że twoja natura jakby nie mieści się w żadnej koncepcji estetycznej, że nie będziesz hołdować żadnej szkole... 

 

No tak, bo gdyby się mieściła to już by była mniej ciekawa. Sztuka musi być świeża, niezależna, musi być odkrywcza, nowa. Nie może być wtórna i powtarzać coś za czymś. Sztuka ma zaskakiwać i szokować.

 

 

Ewa Sonneberg z Krzysztofem Śliwką (2014 r.)

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do lat dziewięćdziesiątych. Chciałbym Cię poprosić, żebyś porównała tamtą atmosferę przełomu i dzisiejsze życie literackie czy środowiska z tamtego okresu i te dzisiejsze. Możesz spróbować? Jest taki wiersz, który wrył mi się w pamięć: Chłopaki schowajcie te plastikowe pistolety...

 

Znasz ten wiersz, on był drukowany tylko w krakowskim „Studium”. Później nie publikowałam go w żadnej książce.

 

Świetny tekst. Do kogo był skierowany?

 

Do Barbarzyńców, do poetów z Krakowa, do chłopaków z „Dykcji”

 

A personalnie?

 

Nie. No, słuchaj, to było coś takiego: bo teraz jest mnóstwo poetek. W latach dziewięćdziesiątych prawie w ogóle nie było ich widać, przynajmniej nie funkcjonowały. Ja byłam  jedną z bardzo nielicznych kobiet piszących.

 

Jedna laska na podwórku, mówiąc krótko.

 

Przynajmniej w takim Wrocławiu... I taki wiersz był jak najbardziej wskazany do napisania.

 

Czyli Borowski, Majeran, Zawadzki i Zawada gdzieś tam się pojawiają?

 

Tak. W literaturze wtedy istnieli sami mężczyźni. Więc taki tekst, napisany przez kobietę, był bardzo nośny, rozumiesz? Pamiętam, jak ten wiersz pierwszy raz  zaprezentowałam w Czarnym Salonie. To był szok, po prostu. A potem w Krakowie w Loch Camelocie.

 

Pamiętasz jakiś fragment tego tekstu?

 

 „Chłopaki, o coś innego mi chodzi, możecie schować te plastikowe pistolety, pif paf tym razem nie wypaliło...”, coś tam, no nie pamiętam…

 

 „(...) można się wystrzelać z dobrej spermy, ale nigdy z dobrych wierszy”.

 

„...ale nigdy z dobrych wierszy, skaczemy po tym samym śmierdzącym ringu, tu trwa walka o nieśmiertelność”. Ja już go prawie nie pamiętam. Potem ten wiersz recytowałam przed kamerami telewizji Wrocław. Jola Kowalska zrobiła ze mną wspaniały program. Byłam przebrana za barokową markizę w błękitnej weneckiej peruce i rzucałam mięsem z tego wiersza.

 

Podsumowując: ten tygiel połowy lat dziewięćdziesiątych, to nagromadzenie różnych samczych dykcji i twoja, jedyna żeńska, która jednocześnie jest w ogóle specyficzną żeńską dykcją, tak?  Uważasz, że ten wasz ferment był bardziej nośny, bardziej twórczy niż to, co się dzisiaj dzieje w środowisku, które nazwałaś kiedyś bajorem?

 

Tak, było bardziej twórczo, bo między nami była jakaś taka fajna, inspirująca konkurencja. I to było świetne. Teraz nie ma już tej atmosfery. Ja nie odczuwam już takiego parcia. Na przykład praca nad wierszem wtedy to były całe noce i całe dnie. Teraz tak już nie jest, praca ogranicza się zaledwie do kilku godzin dziennie. A może po prostu byłam wtedy bardzo młoda i inaczej odbierałam świat. Inaczej widziałam środowisko literackie, które wtedy wydawało mi się bardzo twórcze i inspirujące.

 

 

 

 

Wiesz co, jak mówisz o konkurencji, to mi się automatycznie przypomina, konkurs O Kropkę Że: systematycznie, konsekwentnie, co miesiąc trzynastego. Mówimy oczywiście o konkursach organizowanych przez Marka Garbalę, początkowo w Art-Cafe Pod Kalamburem u pani Haliny Litwiniec, następnie przeniesionych do Klubu Muzyki i Literatury. Ewo, wróćmy na chwilę do tego tematu, pamiętasz tę atmosferę? Tę legendarną czarną skrzynkę, do której wrzucało się wiersze?

 

Pamiętam, to było ekstra. Pierwszy mój konkurs O Kropkę Że  był chyba w dziewięćdziesiątym roku, jesienią. Najpierw wrzuciłam jeden wiersz. Dostał wyróżnienie. Zaczynał się od incipitu „Jesteś zazdrosny…”. Ten tekst znajduje się w Hazardzie. A w dziewięćdziesiątym pierwszym roku, jakoś na jesieni, wrzuciłam dwa teksty, choć to był konkurs jednego wiersza. {Regulamin na to pozwalał – przyp. red. } Wrzuciłam Każdej nocy kocham się, erotyk z Hazardu i drugi wiersz o dziewczynie, która jest zwierzątkiem w czerwonym sweterku. I tak się złożyło, że nie mogłam być na rozdaniu nagród. No i było tak: jestem na Akademii Muzycznej, akurat miałam zajęcia z taką okropną kobietą, która mnie gnoiła na akompaniamencie, że się w głowie nie mieści i nagle ktoś wpada do sali, mówiąc: „telefon do pani Ewy Sonnenberg”. Ja podchodzę, a tu chyba Magda Podsiadło z „Gazety Wyborczej” dzwoni do mnie i mówi: „Słuchaj, dostałaś dwie nagrody, dwa twoje wiersze są nagrodzone w konkursie”. I oba wiersze wygrały turniej, jeden dostał Nagrodę Główną, a drugi wyróżnienie [śmiech].

I od tego się zaczęło, kiedy napisali o tym w „Gazecie”. Wtedy prasa bardziej interesowała się imprezami poetyckimi.

 

To dla mnie to też oznacza, że ten konkurs miał prestiż. Nie dość, że prasa monitorowała sytuację, to jeszcze dużym wyróżnieniem było otrzymać tam laur. Czy od samego początku powstania konkursu odbywały się publiczne omówienia tekstów, które zostawały nagrodzone?

 

Tak. Wiersze były omawiane podczas werdyktu.

 

 

Wiersze Ewy Sonnenberg w szwedzkiej antologii

 

Czy mogłabyś jeszcze poopowiadać o swoich podróżach? Spędziłaś sporo czasu na stypendiach, np. w Paryżu…

 

Tak, z tym że tymi stypendiami, to nie przesadzajmy, nie dostałam ich jakiejś zawrotnej ilości, ale byłam w Paryżu na Stypendium Kultury Niezależnej. Przyznawała je kapituła, w której byli np. Herling-Grudziński i Miłosz. Także to był bardzo ważny dla mnie, trzymiesięczny pobyt. Później zostałam w Paryżu, w którym mogłam zostać na stałe, bo miałam takie możliwości, ale po prostu  stwierdziłam, że zostanę polską poetką.[śmiech] Wróciłam do kraju i kontynuowałam studia na filozofii. No i wydałam tomik Smycz.

Inne stypendium, w Szwecji na wyspie Gotlandia w Visby. Dużo wtedy pisałam, wielu ludzi tam poznałam, bo to były stypendia dla literatów i dla tłumaczy. Zwiedziłam Faro, gdzie mieszkał i tworzył Bergman.  Ale też sporo sama podróżowałam. Na przykład Berlin był takim miastem, gdzie też występowałam, zwłaszcza na początku lat dziewięćdziesiątych. Tam miałam kontakty z Berliner Festspiele, z Barbarą Pohle, która mnie bardzo, że tak powiem, promowała w Niemczech. Później to się trochę urwało, poza tym stałam się starsza, a Berliner Festspiele promowało raczej młodych twórców.

 

Jak bardzo te miejsca wpływały na twoje pisanie?

 

Wpływ był naprawdę duży. W każdym wywiadzie powtarzam, że architektura miasta bardzo wpływa na pisanie, bo jest ona jakimś rytmem, prawda? A ten rytm wpływa na rytm tego, co się pisze... Poza tym w odległych miejscach nabiera się dystansu do samego siebie, do języka, do pisania. Z tego dystansu właśnie mogą powstać bardzo ciekawe rzeczy.

 

Około 2000 roku wydałaś Smycz. W tej książce, jak sobie przypominam, każdy wiersz jest podpisany datą i miejscem, bardzo często jest to konkretnie określona przestrzeń, typu fontanna na placu takim i takim.

 

Teraz sama się dziwię się, że tak potrafiłam datować i takie konkretne sytuacje przytaczać pod wierszem, bo obecnie w ogóle ani nie datuję tekstów, ani nie zaznaczam, gdzie były napisane. Teraz cały czas siedzę we Wrocławiu, w jednym miejscu, więc to by było trochę nudne, jakby pod każdym wierszem pisać „Wrocław”, prawda?

 

 


 

Czy są takie miejsca we Wrocławiu, które – tak jak inne w Berlinie, w Rzymie, w Paryżu –zainspirowały cię do napisania konkretnych tekstów?

 

Moje mieszkanie jest dla mnie inspirujące, bo jest taką literacką pracownią.  Muzeum Współczesne Wrocław mi się podoba, bo jest takie surowe, można powiedzieć, takie ultra-nowoczesne i bardzo inspirujące. Ogród Botaniczny, na przykład, mnie bardzo swego czasu inspirował; tam chodziłam, by pisać, lubiłam tam też czytać. Ogród Japoński... Czekaj, jakie jeszcze miejsca? No, nie wiem... aha, no jak! W latach dziewięćdziesiątych to ja regularnie chodziłam do Biblioteki Uniwersyteckiej.

 

Tak po prostu? Do biblioteki?

 

Tak. W czytelni czytałam i pisałam, Biblioteka Uniwersytecka była jednym z moich ulubionych miejsc. Tak jak w Krakowie Biblioteka Jagiellońska. W Bibliotece Jagiellońskiej napisałam strasznie dużo tekstów. Nie wiem skąd się to brało, chyba ta biblioteka tak na mnie wpływała, że szłam z zamiarem czytania czegoś, po czym zawsze wychodziłam z wierszem.

 

Ale à propos bibliotek, to się czymś pochwalę. Na początku tamtego roku Biblioteka Narodowa w Warszawie, a dokładnie Janusz Drzewucki z „Twórczości” i kierowniczka Zakładu Rękopisów, Anna Romaniuk zwrócili się do mnie o rękopisy, które już wysłałam. Praca przy tym była strasznie ciężka, bo każdy rękopis musiałam omówić: gdzie był drukowany, numer strony, całe opracowanie bibliograficzne. No i moje rękopisy trafiły do Biblioteki Narodowej w Warszawie, tak że to jest piękna sprawa i cieszę się bardzo, że znalazły tam swoje miejsce.

 

Gratuluję.

 

Oczywiście nie wszystkie rękopisy, bo część mam w swojej  sławnej kolekcji notesów.  Ale notesów jeszcze nie przekazałam, bo cały czas z nich korzystam.

 

Kolekcja notesów?

 

Teraz już mam kolekcję z dwudziestu pięciu lat. Tak że jest tego sporo. Notesy i zeszyty, wiersze pisane ręcznie, oczywiście.

 

Większość autorów, których znam, pisze już bezpośrednio w edytorach tekstu, a ty?

 

Ja piszę w ten sposób prozę. Bezpośrednio w edytorze tekstu. Tak samo eseje. Bezpośrednio... ale jednak wiersze piszę ręcznie.

 

Stara metoda. Skreślasz...

 

Tak, jasne.

 

 


 

 

W Krakowie pracowałaś w SLA – opowiedz o swoich doświadczeniach w pracy dydaktycznej w tej szkole pisania.

 

SLA, czyli Studium Literacko-Artystyczne, gdzie wykładałam przez prawie cztery lata, zostało założone w dziewięćdziesiątym czwartym roku na polonistyce, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest to taka szkoła pisania, jakie powstają np. w Stanach. Dyrektorką tej szkoły, pomysłodawczynią i jakby rektorką jest prof. Gabriela Matuszek, która robi świetne rzeczy dla studentów. Ja byłam pierwszym naborem, studentką tej szkoły, a jedenaście lat później prof. Gabriela Matuszek zaproponowała mi, żebym w niej wykładała. Więc to jest taka fajna kontynuacja. I to jest bardzo dobra szkoła, raz po raz słyszy się o sukcesach absolwentów.

 

Ewo, ale jeżeli nie pracujesz w jakiejś konkretnej estetyce, nie uprawiasz wypracowanej formuły estetycznej, to będąc wykładowcą w szkole pisania, wykładasz swoją własną koncepcję. Tak?

 

Swoją, oczywiście, i tak ma właśnie być, o to tam chodzi. Żeby wykładowcy mieli swoją osobowość, i żeby dzielili się sobą i swoimi odkryciami literackimi. Póki co nie będę ci opowiadać o tym, jak prowadzę te zajęcia... Zresztą jeśli byłby ktoś ciekawy, zapraszam na moje warsztaty literackie do wrocławskiej Nalandy. W każdy poniedziałek o godzinie 18:00 są prowadzone przeze mnie zajęcia. 

 

Dobrze, a o doświadczeniach ze studentami opowiesz?

 

Są bardzo różni. Na początku grupy studentów mnie uwielbiały po prostu i były świetne, a później im dalej, tym gorzej. Kiedyś miałam zajęcia we Wrocławiu na polonistyce, to ci ludzie byli bardzo mili, sympatyczni, pełni estymy dla mnie. A tam, w Krakowie, było troszeczkę inaczej, oni mieli jakieś wymagania, jakby po jednych zajęciach mieli zostać Eliotami lub Joyce’ami i później zaczęli mówić, że nie podobają się im zajęcia ze mną, bo ja ponoć bardzo ich krytykowałam. No ale bez krytyki nie ma rozwoju, to Horacy pisze w swojej Poetyce...  

 

Pamiętasz jakieś ciekawe nazwiska, które tam się pojawiały?

 

Tak, jasne, mogę powiedzieć, że spod mojej ręki wyszły takie poetki jak Joanna Lech czy Anna Piekara. Przemek Owczarek był też moim studentem...

 

Owczarek?

 

Tak. Tylko on przyszedł gotowy już do tej szkoły. Sam poprawiał tam teksty, był bardzo dobry w skreślaniu niepotrzebnych rzeczy.

 

Czyli zdarzały ci się takie osoby, z którymi wdzięcznie się pracowało.

 

No ale z wszystkimi mi się dobrze pracowało. Z wszystkimi, bo nie można dyskredytować, że w literaturze liczą się tylko osoby, które mają jakiś wielki talent. Z przeciętnymi osobami też można świetnie pracować.

 

 


 

 

Ewo, jeszcze ostatnie pytanie. Najbardziej inspirujące dla ciebie osoby we Wrocławiu, lub związane z Dolnym Śląskiem? O Marku Garbali nie mówimy, bo ja teraz pytam o żywych...

 

W latach dziewięćdziesiątych Janusz Styczeń mnie inspirował. Ale też Urszula Kozioł, no i  Marcin Czerwiński, to bez jednej wątpliwości.

 

Tylko te trzy osoby?

Tak. Te trzy.

 

Ewo, dziękuję Ci bardzo za czas, wiedzę i zaufanie.

 

Fot. Calo Lein

 

 

Rozmawiał Paweł „Ivo” Kaczorowski

 

 

sierpień/wrzesień 2015

 

 


[1]Ilias Wrazas – muzyk, znawca kultury starożytnej, filozof; występował u boku Eleni, obecnie solista; prowadzi aktualnie Zakład Neohellenistyki i Studiów Bliskowschodnich na Uniwersytecie Wrocławskim.

[2]Art-cafe Pod Kalamburem, kawiarnia artystyczna Haliny i Bogusława Litwińców, ul. Kuźnicza, Wrocław.

 

 

 

 



galeria